Herbata rośnie w dżungli!

Gdy tuk tuk zatrzymał się, a ja opuściłem jego pokład, przywitała mnie gromadka, z którą miałem spędzić kilka następnych dni: Profesor – właściciel plantacji na której produkowana jest głównie herbata czarna, Sarah i Adam – para, prowadząca herbaciany biznes w Nowej Zelandii oraz ich przeuroczy synek Freddie. Po krótkim przedstawieniu się, profesor od razu pokazał gdzie będę spał i powiedział, że mam się rozgościć – kolacja będzie za chwilę. Odświeżony wróciłem do roześmianego towarzystwa i zaczęliśmy ucztę, którą przygotowali pracownicy Profesora. Jedzenie było znakomite, jednak dopiero gdy zjadłem, a wszyscy rozeszli się do swoich pokojów, zrozumiałem, że początek mojej przygody z herbatą jest bliższy niż kiedykolwiek wcześniej.

Cejońska czarna herbata w kubku tuż przed wypiciem.
Pierwsza czarna herbata wypita w otoczeniu krzewów Camellia Assamica.

Zasnąłem jak dziecko, choć wydawało mi się, że w tym trzydziestostopniowym upale nie jest to możliwe, a myśli w głowie tylko potęgują to uczucie. Dzień pierwszy mojej wyprawy mogłem uznać za zakończony sukcesem. Przetrwałem i nie było, aż tak źle!

Pierwsze spotkanie z herbatą na plantacji

Wyzwaniem dnia kolejnego było wstanie o 6:00 rano. Wyczyn nie lada. Szczególnie uśmieją się ci, którzy wiedzą, że wyrzucić mnie rano z łóżka może jedynie bomba atomowa. Wstałem jednak bardzo sprawnie i bez większego marudzenia. W końcu czekało na mnie coś, co chciałem zobaczyć od tak dawna – pola herbaciane. Gdy wyszedłem z pokoju, było już jasno, a w miejscu, gdzie spędzaliśmy większość dnia, spotkałem Profesora i Adama rozmawiających na różne tematy. Później, było to dla mnie widok typowy, ale początkowo, strasznie zapaliłem się do rozmów o herbacie z samego rana.

Mężczyźni rozmawiają o herbacie. Właściciel sklepu herbacianego po lewej, plantator herbaty po prawej.
Adam z Profesorem rozmawiają o herbacie.

Chęć przywitania się z krzaczkami jednak wygrała. Wziąłem wszelkie aparaty i podążyłem w stronę słońca, które tego dnia dawało rewelacyjne, idealne wręcz światło. Mojej pierwszej samotnej wędrówce, mimo wczesnej pory towarzyszył upał. Nie był on jednak bardzo uciążliwy – w końcu jeszcze kilkadziesiąt godzin wcześniej chodząc po Pradze, w kurtce i długich spodniach trząsłem się z zimna. Kiedy poranne słońce zaczęło przebijać się przez korony drzew, lądując na herbacianych krzewach, które widziałem w oddali, zacząłem robić pierwsze zdjęcia. Zanim doszedłem do najbliższego pola herbaty przystanąłem jeszcze kilka razy podziwiając to co przede mną: niesamowity las, z bogatą roślinnością i dźwiękami, których nie spotkamy w Polsce.  Przez chwilę czułem się jak w filmie – stałem sam, po środku małej dróżki łączącej plantację z domkiem gościnnym, ciesząc się z pierwszego, tak dużego, zrealizowanego marzenia. To był czas, kiedy bez żadnego stresu, myślenia o świecie, cieszyłem się chwilą, chłonąc wszystko to co dookoła – liście herbaciane przeżycie.

Herbata o poranku. Pole herbaciane w sercu lankijskiej dżungli.
Środek dżungli, cudowne, filmowe światło – to moje pierwsze w życiu „cześć” z herbatą.
Dwa listki i pączek herbaciany, używane są do produkcji najlepszej czarnej cejlońskiej herbaty.
Z bliska? Jeszcze lepiej!

Nie mogłem mieć jednak całej dżungli tylko dla siebie. Nie licząc małp i innych zwierząt, dookoła byli przecież ludzie. Adam, skończył już rozmowę z Profesorem i dołączył do mnie. Nie muszę chyba nikogo uświadamiać, że on też był pod wrażeniem tego co widział. Po kilkunastu zdjęciach, wymienionych zdaniach, każdy pokazał efekty swojej pracy. Wtedy, wpadłem na pomysł, że przecież potrzebuję również zdjęć ludzi. Wyjąłem więc światłomierz, mój drugi aparat i w klasyczny sposób, przeniosłem obraz przed moimi oczami, na rolkę kolorowego negatywu. Takim oto sposobem, sfotografowałem pierwszą osobę pośród herbacianych krzewów.

Jak to zwykle bywa, apetyt rośnie w miarę jedzenia. Dlatego też, chęć zobaczenia całej plantacji była ogromna. Musieliśmy jednak wrócić do domku gościnnego na śniadanie, żeby następne kilka godzin móc spędzić na zwiedzaniu fabryki herbaty.

Śniadanie po lankijsku

Szczerze mówiąc, zgłodniałem trochę, więc nie protestowałem zbyt długo. Z resztą później, miałem mieć całą okolicę do swojej dyspozycji, nic nie stało więc na przeszkodzie, żeby spróbować lankijskiego śniadania. W końcu, to też mnie ciekawiło! Na stół trafiły warzywa. Jeśli ktoś je rozpoznaje, mam prośbę – uświadomcie mnie w komentarzach co to dokładniej jest. Głupio było mi zapytać po raz trzeci „co to jest” i nadal nie rozumieć… nieznajomość wszystkich angielskich nazw warzyw, wpisałem sobie w zeszycie z podróży jako „do poprawienia” ;).

A co oprócz tego? Jajko, wiórki kokosowe (rewelacyjne, najlepsze jakie jadłem), lekko podgrzany chleb i herbata. Porcja? Ile zmieścisz!

Talerz z tradycyjnym lajkinskim śniadaniem.
Śniadania u Profesora były niesamowite: zdrowe, smaczne i ekologiczne.
Para nowozelandczyków z synem karmi rybki podczas rozmowy z lankijskim producentem herbaty.
Jeszcze tylko nakarmimy rybki. Ulubione zajęcie Freddiego.

Ahinsa Tea – To tutaj robimy herbatę

Przed wejściem na piętro, należy umyć stopy.

Bo, że na boso, to dla wszystkich było już oczywiste, gdyż jest to tradycja buddyjska. Dlaczego jednak musieliśmy je umyć? Z prostego, praktycznego względu – by nie wnieść błota, lub ziemi do fabryki. Tak jest po prostu czyściej.

Celjoński plantator herbaty pokazuje liść herbaciany tuż po zerwaniu.
Profesor tłumaczy, która część zerwanego liścia jest „dobra”, a która nie.

Sam proces produkcji herbaty jest tak ciekawy, że poświęcę na niego osobny wpis. Nie chciałbym zdradzać wszystkiego od razu.

Degustacja herbat – jak to się robi?

Dziesięć minut później, byliśmy już w domku dla gości i przygotowywaliśmy się do testowania herbat, które produkuje się na plantacji profesora. Jak to wygląda na Sri Lance? Jak wszędzie. Do specjalnych filiżanek wsypuje się herbatę i parzy od 4 do 6 minut. Czas jest bardzo ważny, gdyż tak zaparzona herbata nie jest jeszcze zbyt gorzka, ale jest bardzo mocna. To sprawia, że jeśli susz jest słabej jakości, wprawny kiper od razu wyczuje w smaku herbaty, że coś jest nie tak. Dobra herbata, „broni się”, nawet gdy jest zbyt mocna. Po zaparzeniu, herbatę zlewa się do mniejszych filiżanek, gdzie pozostaje sam napar – liście, pozostają we wcześniejszym naczyniu. Następnie, dużą, okrągłą łyżką nabiera się herbatę i dwoma siorbnięciami, rozprowadza napar po całej jamie ustnej, by receptory na języku mogły zarejestrować wszelkie bukiety smakowe. Co ważne, takiej herbaty się nie wypija, gdyż przy testowaniu od kilkudziesięciu do czasami kilkuset herbat dziennie, nie sposób jest wypić takiej ilości. Zawartość wypluwa się do naczynia, które po testach opróżnia się i czyści.

Degustacja herbaty czarnej.
Mocno zaparzona czarna herbata, podczas degustacji.

Rice and curry? Bardzo proszę!

Żeby móc wzbogacić swój zmysł smaku, warto byłoby zjeść obiad. Gdy ten, podano do stołu, znowu o mało co nie spadłem z krzesła. Wszystko wyglądało rewelacyjnie, ślinka ciekła od samego patrzenia.

Talerz z tradycyjną potrawą na Sri Lance, rice and curry.
Warzywa, ryż, ryby – podstawa diety Lankijczyków. Rice and curry w swojskim wydaniu. Pycha!

Ja, herbata i mieszkańcy dżungli

Na deser, zostawiłem sobie coś jeszcze, coś o czym myślałem od rana: samotną podróż po polach herbacianych Ahinsa Tea. Po dniu pełnym wiedzy, któremu z resztą towarzyszyło mnóstwo emocji, chciałem znaleźć czas tylko dla siebie. Wypoczęty, z naładowanymi bateriami, ruszyłem na spacer. Nie do końca wiedziałem gdzie idę, najważniejsze było to, że byłem tylko ja, dżungla i słońce, które nieubłaganie zbliżało się do linii horyzontu.

Zrywanie liści herbaty na plantacji w centrum Sri Lanki.
Herbata była wszędzie – ja mogłem nie zrobić sobie z nią zdjęcia? 🙂

Po raz kolejny tego dnia, usłyszałem coś, co kazało mi się zatrzymać. Był to dźwięk lasu. Egzotyczne ptaki, delikatnie poruszające się palmy. Gdzieś w oddali było słychać również małpy – to je słyszałem pierwszej nocy. Nie sądziłem jednak, że osobiście spotkam jedną z nich. Był to czarno-biały, na moje oko dorosły makak. Początkowo w bezruchu wymienialiśmy się spojrzeniami z bezpiecznej odległości. Chwilę później, przeskoczył na drzewo bliżej, a po sekundzie, jeszcze bliżej. Jak żałośnie wyglądałaby walka z makakiem, który próbuje wyrwać mi sprzęt z rąk? Wolałem tego uniknąć. Napawanie się tym co mnie otacza, wydawało się dużo przyjemniejszym zajęciem. Iście herbaciany klimat – i to wcale nie z powodu otaczającej mnie zewsząd tej wspaniałej rośliny…

 

Navigate
Dołącz do listy mailingowej i odbierz e-booka!"Sensoryka w herbacie - czyli procedura sensoryczna krok po kroku".

Dowiedz się jak zaparzyć herbatę, według opracowanej przeze mnie procedury sensorycznej, by za każdym razem umieć docenić jej wszystkie walory smakowe i zapachowe. 

Zapisz się, a otrzymasz praktycznego PDF'a - same konkrety, bez owijania w bawełnę, zero spamu!