Powrót z ogrodów herbacianych

Mój kilkudniowy pobyt na plantacji herbaty w centrum Sri Lanki, kiedyś musiał dobiec końca. Czas płynie tam zdecydowanie innym tempem niż w Polsce, co w połączeniu z tropikalnym klimatem sprawia, że człowiek zapomina o całym świecie. Nie mogłem sobie na to pozwolić, gdyż mój cel zdobycia wiedzy na temat herbaty nie został jeszcze zrealizowany. Dlatego nie chcąc nadużywać gościnności profesora, zdecydowałem się opuścić ogród herbaciany na południu Sri Lanki i udać się w dalszą podróż w nieznane.

Autobus na Sri Lance
Autobusy na Sri Lance jeżdżą po takich drogach, że w Polsce chyba, żaden kierowca by się na to nie zdecydował.

Do najbliższej miejscowości podwiózł mnie pracownik profesora wraz z wesołą gromadką chłopaków mieszkających przy plantacji herbaty. Początkowo zerkałem na tył samochodu, przez małe przybrudzone okienko, gdzie siedzieli chłopcy, czy przypadkiem nie zaglądają do mojego plecaka. Nie miałem do nich zaufania, szczególnie, gdy kilka dni wcześniej biegali za mną z wyciągniętymi dłońmi jak za wielką skarbonką napchaną dolarami. Ostatecznie, oczywiście nie było się czym przejmować – podróż sprawiała im taką samą frajdę jak mnie, choć na pace pewnie było jeszcze lepiej niż na przednim siedzeniu.

Przystanek Morawaka – pożegnanie z plantacją herbaty

Gdy dotarliśmy na przystanek, zabrałem swój plecak i postanowiłem ruszyć dalej. Kierowca powiedział jednak, że mam stanąć w cieniu i czekać. On powie mi, jakim autobusem dotrę do upragnionego celu – miejscowości Hikkaduwa, o której z resztą wspominam we wpisie: Pierwszy dzień na Cejlonie. To był świetny czas, aby zobaczyć jak wygląda życie ludzi na prowincji, z dala od turystów. To co mnie otaczało, to jak na niewielką miejscowość, ogromny ruch uliczny i uśmiechnięci ludzie nieustannie zerkający w moim kierunku. Życie tutaj toczy się szybko, choć jak to bywa na prowincji, bardzo skromnie. Mimo to, czułem, że chciałbym tutaj zostać trochę dłużej, poznać ludzi i porozmawiać z nimi. Sielankowy nastrój niestety psuły mi muchy, które irytowały bardziej niż zwykle, bo atakowały poranione przez pijawki stopy. W tamtej chwili nieustannie pojawiającą się w mojej głowie myślą była ta o szybkim ulotnieniu się z tego bałaganu.

Dzieci na Sri Lance
Wesoła ekipa, która towarzyszyła mi podczas podróży do Morawaka

Ku kolejnym plantacjom herbaty

Autobus jakich pełno na Sri Lance. Jechał długo i niezbyt bezpiecznie. Usiadłem z tyłu, żeby nie przeszkadzać ludziom i nie rzucać się w oczy. Szybko zdałem sobie jednak sprawę, że to bardzo w moim stylu – nie rzucaj się w oczy, usiądź na tyłach, którędy wszyscy ludzie wsiadają do autobusu. Tym samym byłem atrakcją wszystkich przystanków, idealnym kandydatem na męża dla córek kobiet, które pokazywały na mnie palcami, szturchając jednocześnie wymownym gestem młode dziewczyny na znak, że powinny się mną zainteresować. Na innym przystanku, mówiący poprawną angielszczyzną, młody chłopak zapytał, czy nie chcę, żeby został ze mną na noc w Hikkaduwie. Początkowo oczywiście uznałem, że to nic złego, jednak kiedy usiadł obok i nie odklejał ode mnie swojego spojrzenia, pomyślałem jedynie: Nigdy w życiu!

Naturalnie trasę na odcinku trochę ponad 60 kilometrów, wesoły autobus pokonywał 2,5 godziny. Później w Galle, szybka przesiadka i 30 minutowa jazda w drzwiach autobusu (tak, tak, naganiałem ludzi krzycząc: Hikkaduwa! Hikkaduwa! Come, come, come!). Stacja końcowa i mogłem cieszyć się, że dotarłem na miejsce. Było już ciemno, więc nie do końca byłem pewny, że wysiadłem w odpowiednim miejscu.

Hikkaduwa – pierwszy nocleg

Orientacja w terenie, to zdecydowanie podstawa, jednak tym razem zdałem się na lankijczyków, którzy oczywiście pozwolili mi wysiąść na dobrym przystanku. Tylko co z tego – pomyślałem – skoro nie mam gdzie spać? Tutaj wyjście było jedno – pan, którego poznałem pierwszego dnia miał swój hostel. Udałem się więc do starego znajomego na pogaduchy. Niestety, wszystkie pokoje były zajęte, ale sympatyczny właściciel hostelu zaprowadził mnie do swojego znajomego, który również oferował pokoje. Po 10 sekundach pobytu w tamtym miejscu, wiedziałem już, że groźny typ z naprzeciwka nie pozwoli mi spać u siebie. Po pierwsze – było tam zbyt dużo turystów, a więc kosmiczne ceny za nocleg. Po drugie, śmierdziałem tak bardzo, że aż mi było wstyd z kimkolwiek rozmawiać, co zauważyły z resztą wypachnione Rosjanki udające się na imprezę. Po prostu tam nie pasowałem. Ani trochę.

Stary znajomy zaprowadził mnie jednak w trzecie miejsce. Po ostrych negocjacjach, udało mi się wytargować jednoosobowy pokój za 11 zł za dobę. Warunki – całkiem niezłe. Atmosfera? Cisza, spokój i stary Czech biodrem po operacji, polewający bimber i częstujący owocami, na wieść, że jestem z Polski. Fajnie nie?

Powrotu od Profesora – dzień drugi

Drugiego dnia, postanowiłem skorzystać z pogody. Przeznaczyłem ten czas na plażowanie, zdjęcia i próbę poznania lokalnego społeczeństwa. Krótko mówiąc, było świetnie. Jedzenie śmiesznie tanie, ludzie życzliwi i uśmiechnięci. Pomijając turystów – plaża, rewelacyjna. Dosłownie: żyć nie umierać.

Obiad na Sri Lance
Zawinięty w folię talerz, na którym podawany jest obiad, może nie jest szczytem higieny, ale było tanio, a mój żołądek nie ucierpiał.
plaża na sri lance w miejscowości Hikkaduwa
Piękna plaża, ciepła woda, sympatyczni ludzie. Jak tu nie kochać Sri Lanki?

Bardzo klimatycznie zrobiło się dopiero pod wieczór, kiedy to wybrałem się do pobliskiego portu. Tutaj znowu zetknąłem się z biedą i śmieciami rozrzuconymi gdzie tylko to było możliwe. Tłoczne ulice i dający się we znaki, a upał sprawiał, że po całym aktywnym dniu, nie miałem już sił. Dlatego wziąłem aparat i zrobiłem kilka zdjęć. Pogrążony w nostalgii i oczekiwaniu na to, co dopiero miało nadejść za kilka dni.

Rowerzysta na falochronie i zachód słońca na Sri Lance
Okolice portu wieczorową porą wyglądają bardzo klimatycznie, dlatego właśnie wiele osób podziwia zachody słońca z pobliskiego falochronu.
Mężczyźni na Sri Lance podziwiają zachód słońca
Nie tylko na falochronie można podziwiać zachód. Tak na prawdę, gdziekolwiek nie usiądziemy, jest pięknie.

komentarzy 31

  1. Bardzo dobry tekst i piękne zdjęcia, może banalny komentarz, ale naprawdę bardzo mi się podoba i wpis i blog 🙂 Będę tu zaglądać na herbatkę 🙂

  2. piszeczytamgotuje.blogspot.com Odpowiedz

    Piękne zdjęcia!
    Tylu ludzi pije tą herbatkę z torebeczki… a tutaj taka historia! Chciałabym coś takie poznać, ale nie z internetu, tylko na żywo :d Ale nie mam odwagi, a mam Twój blog, więc internet jak na razie musi mi wystarczyć 🙂

  3. Uwielbiam czytać takie wpisy 🙂 Super, że jesteś odważny i otwarty na świat.
    Sri Lanka jest gdzieś na mojej liście, a po tym co piszesz, tym bardziej. A już zdjęcie tej plaży, przekonuje mnie w 100 procentach 😉

    • Cieszę się! Ale skoro jest na liście, to trzeba powoli to „To do” odhaczać. Polecam szczególnie w kwietniu – jest jeszcze pora sucha i na prawdę można złapać wiatru w żagle zimowej chandrze 😉

  4. Aneta Augustyn Odpowiedz

    Bardzo ciekawie piszesz.Fantastyczna podróż. Mnie osobiście, jak do tej pory, brakowało odwagi na taką daleką i niezorganizowaną przez biuro wyprawę.

    • Dziękuję serdecznie. Nie każdy musi podróżować w ten właśnie sposób. Ja z resztą też nie zawsze robię wszystko tak jak na Sri Lance. To była spontaniczna akcja, ale z chęcią jeszcze bym ją powtórzył ;-). A może uda mi się zorganizować coś takiego – wtedy będę mógł zabrać tych, któzy się boją 😉

      • Aneta Augustyn Odpowiedz

        Fajnie by było..daj znać jak będziesz coś takiego organizował 🙂

  5. www.1000krokow.pl Odpowiedz

    Spędziliśmy na Sri Lance miesiąc. Opisujesz w zasadzie te same miejsca, które i my odwiedzaliśmy. Miło wraca się do tamtych wspomnień. Sri Lanka to wspaniałe, bezpieczne miejsce pełne sympatycznych ludzi.

    • Mam takie same odczucia. Aż się łezka w oku kręci jak wspomnę mój wyjazd. Zazdroszczę Wam, że aż miesiąc. Ja byłem jedynie dwa tygodnie i to tylko w celach herbacianych, ale wiem jedno: na pewno wrócę nie tylko na pola herbaciane, ale może i pozwiedzać 😉

      • My pola herbaciane oczywiście widzieliśmy, byliśmy w Nuwara Eliya i zajrzeliśmy tam do jednej z fabryk herbaty. Pola przepiękne, ale sama fabryka nie zrobiła na mnie jakiegoś piorunującego wrażenia. Wiadomym jest, że proces produkcji jest tam przygotowany dla turystów, a sklepik i kawiarnia jest czysto komercyjna, ale uważam, że nie można tego nie zobaczyć będąc na Sri Lance. Zrobiłam też swoje wymarzone zdjęcie kobietom zbierającym herbatę. Ich radość kiedy za fatygę dostały od nas pieniądze była bezcenna. Dla nas to mała suma, one tyle zarabiają w dzień lub dwa.

        • No właśnie! Być i nie zobaczyć – grzech. Ale faktycznie wiele z tych miejsc są robione pod turystów. Ja akurat na jednej z plantacji, na której byłem, miałem okazję zostać trochę dłużej. Mała, nie nastawiona na jakiś ogromny profit firma. Ale ludzie rewelacyjni. Ja na swoim blogu chcę również poruszać kwestię uczciwego handlu i dobrego traktowania pracowników. Celem podróży była herbata, ale i ludzie którzy przy niej pracują 😉

  6. Wow, nie wiem, czy miałabym tyle odwagi, żeby się wybrać w taką podróż. Niemniej jednak, jestem pewna, że wspomnienia po niej zostaną w Twojej głowie na zawsze :).

  7. Dorota Mazurkiewicz Odpowiedz

    Wspaniała, przygoda – pozazdrościć. Hahha: „pomijając turystów – plaża rewelacyjna”:)

  8. łał! Tam jest tak pięknie, że mam ochotę rzucić wszystko i jechać na przygodę:) korci mnie także ten smakowity obiad jakże odmienny od naszych Makdonaldów czy KFC 😀 zwłaszcza że kiszki nie ucierpiały jak piszesz:)

    • Cieszę się, że zajrzałaś :-). Wiesz, wiele osób mówi, że się boi – ja też początkowo tak czułem, ale jak się nie przekonasz/przełamiesz to nigdy się nie dowiesz. Z resztą – zawsze można pojechać z kimś. W kupie siła jak to mówią 😉

  9. Bywa że przerażają mnie takie miejsca gdzie turyści przyjeżdżają i wydają tysiące złotych, a za murami pięknego, bogatego hotelu jest bieda i brak nawet jedzenia dla mieszkańców:(

    • Na szczęście bardzo często z tym widokiem się nie spotykałem, ale gdy jedziesz pociągiem po zachodnim wybrzeżu, to przed Kolombo zauważysz mnóstwo slumsów. Ludzie żyją tam w podłych warunkach. Turyści wspomagają w prawdzie w jakiś sposób rozwój kraju, ale zazwyczaj właścicielami hoteli są Chińczycy (na Sri Lance oczywiście), którzy powoli wprowadzają monopol we wszystkich aspektach życia Lankijczyków (niestety).

  10. A cóż za danie spożywałeś na foliowym talerzu?
    Wygląda bardzo intrygująco, ale nie mam pojęcia co to właściwie jest…

Zostaw odpowiedź

Navigate